Orędzie 5 z dnia 7 października 1945 roku
„Widzę słońce i półksiężyc. I rozumiem wewnętrznie: “To jest daleki Wschód”. Widzę Chiny z czerwoną flagą. Potem widzę muzułmanów i wszystkie inne narody Wschodu. Ponad tymi wszystkimi narodami widzę czerwień po jednej i czerń po drugiej stronie, ale tę ostatnią o wiele mniej.
Słyszę Głos, który mówi:
„To jest tak, jakby to się całkowicie skurczyło.”
Pierwsza część orędzia Pani Wszystkich Narodów zawiera proroczą wizję dotyczącą przyszłości Chin, w której pojawia się symboliczne odniesienie do czerwonej flagi. Cztery lata po ogłoszeniu tego przesłania, w 1949 roku, proklamowana zostaje Chińska Republika Ludowa, a kolor czerwony staje się znakiem nowego komunistycznego państwa. Nie jest to przypadkowy wybór barwy — w orędziu czerwień symbolizuje ideologię komunizmu, która po upadku brunatnego totalitaryzmu zaczyna odgrywać coraz większą rolę na świecie.
Warto przypomnieć, że do 1949 roku flaga Republiki Chińskiej przedstawiała białe słońce na niebieskim tle, umieszczone w prawym górnym rogu czerwonego pola. Dopiero po zakończeniu wojny domowej i przejęciu władzy na kontynencie przez komunistów dotychczasową flagę zastąpiono nową — czerwonym płótnem z pięcioma gwiazdami, z których cztery mniejsze tworzą półkole wokół jednej większej. Z kolei motyw półksiężyca nawiązuje do państw muzułmańskich, w których symbol ten od wieków widnieje na flagach.
Obraz ten ukazuje zagrożenie dla świata ze strony bezbożnej ideologii komunizmu, zniewalającej człowieka, tak jak wcześniej uczynił to nazizm, który ustąpił miejsca nowemu złu. Jak już mogliśmy zauważyć, niektóre obrazy ukazywane Idzie Peerdeman nie tylko niosą przesłanie prorocze, lecz także harmonijnie wpisują się w treść wszystkich orędzi, które są podzielone na bloki tematyczne. Omawiane proroctwo przekazane Idzie Peerdeman nawiązuje do Pisma Świętego i pozostaje spójne z treściami pojawiającymi się we wcześniejszych orędziach. Obraz słońca i księżyca odsyła nas do Księgi Jozuego, w której Jozue modli się do Boga o zatrzymanie obu ciał niebieskich, aby mógł do końca wypełnić powierzone mu zadanie oczyszczenia ziem kananejskich ze zła i fałszywych bóstw. Motyw duchowej walki — wypierania i zwyciężania dobra nad złem — staje się zatem przewodnim tematem omawianego orędzia.
Joz 10,12-15
10,12. W dniu, w którym Pan podał Amorytów w moc Izraelitów, rzekł Jozue w obecności Izraelitów: «Stań słońce, nad Gibeonem! I ty, księżycu, nad doliną Ajjalonu!»
10,13. I zatrzymało się słońce, i stanął księżyc, aż pomścił się lud nad wrogami swymi. Czyż nie jest to napisane w Księdze Sprawiedliwego: «Zatrzymało się słońce na środku nieba i prawie cały dzień nie spieszyło do zachodu?»
10,14. Nie było podobnego dnia ani przedtem, ani potem, gdy Pan usłuchał głosu człowieka. Rzeczywiście Pan sam walczył za Izraela.
10,15. Jozue, a z nim cały Izrael, wrócił do obozu w Gilgal.
Wtedy widzę długą, ładną drogę. Muszę nią iść, ale jednocześnie, jakbym nie miała na to żadnej ochoty. Przedstawiam sobą całą ludzkość. Wtedy idę tą drogą. Jestem tak zmęczona, ale muszę jednak podążać dalej, bardzo powoli. Jestem na końcu drogi i stoję przed wielkim zamkiem z wieżami. Brama jest otwierana od wewnątrz. Jakaś ręka zaprasza mnie do wejścia, ale ja nie chcę. Jest tak, jakbym się musiała cofnąć, jednakże wchodzę do wewnątrz. Jestem mocno chwycona za rękę i widzę – „Damę w bieli”, Panią. Ona uśmiecha się do mnie i mówi:
„Chodź!”.
Moja ręka boli mnie – to jest nie do wytrzymania, ale Pani trzyma ją bardzo mocno i podążamy dalej.
Wchodzę do wspaniałego ogrodu. Jest niewiarygodnie piękny, zupełnie inny niż te na ziemi. Pani przyprowadza mnie do jakiegoś miejsca i mówi:
„To jest Sprawiedliwość, której muszą szukać na zewnątrz. Musi być odnaleziona, inaczej świat znowu się zgubi”.
Podczas gdy Pani to mówi, wskazuje na zewnątrz. Wydaje się, jakbym mogła tę Sprawiedliwość odczuwać.
Moja ręka boli tak bardzo; nie wytrzymam, ale Pani się uśmiecha i pociąga mnie dalej.
Nawet przejście ładnej drogi ukazanej Idzie Peerdeman, której kres stanowi Królestwo Boże, wymaga wysiłku, wyrzeczeń, duchowej walki i pracy nad sobą. Nie jest to ścieżka łatwa. Orędzie Pani Wszystkich Narodów jasno wskazuje, że zbawienie nie jest darem automatycznym — potrzebuje ludzkiego zaangażowania i wypełniania Bożej Woli.
Pozostaje jednak pytanie: dlaczego nikt nie chce wyruszyć tą ładną drogą, która z wyglądu zaprasza, a nie odpycha? W poprzednich orędziach pojawiło się odniesienie do ewangelicznej przypowieści o uczcie, na którą król zaprosił tych, dla których miejsca były już przygotowane. Zaproszeni jednak odmówili, zasłaniając się czysto ludzkimi sprawami. Bardziej cenili dobra tego świata niż Boga. Podobnie dzieje się i tutaj: ludzie nie chcą iść ładną drogą, ponieważ są zbyt silnie związani z tym, co ziemskie.
Skoro świat jest pełen grzechu, ich przywiązanie do świata staje się również przywiązaniem do grzechu. Jednocześnie brakuje im miłości, która potrafi pociągnąć człowieka ku Bogu. W tym sensie należy rozumieć miłość, o której mówił Chrystus — miłość do Boga, zdolną przezwyciężyć każdy grzech wiążący człowieka z tym światem.
Gdy zaproszeni odmawiają udziału w uczcie, król nakazuje swoim sługom zaprosić wszystkich spotkanych na ulicach, a nawet przynaglać ich, by weszli. Widzimy, że Ida Peerdeman również musi iść tą drogą, choć sama tego nie chce — przedstawia swoją osobą całą ludzkość. Jednak jest pchana przez jakąś niewidzialną siłę, by ostatecznie zostać pociągniętą do wnętrza pałacu symbolizującego Królestwo Boże.
Niedziela jest dniem, w którym Bóg zaprasza nas na swoją ucztę. Jeśli ktoś odrzuca to zaproszenie, powinien szczerze zapytać siebie: co powstrzymało mnie od pójścia do Kościoła? Powody mogą być różne — jednym z nich bywa rozczarowanie sytuacją panującą w Kościele. Taki przypadek można uznać za swoiste „rozgonienie” owiec Bożych przez niedobrych pasterzy.
W przypadku jednak widzenia, jakiego doświadczyła Ida Peerdeman, nie mówimy o Kościołach znajdujących się w naszej okolicy, do których droga jest krótka. Mówimy o miejscach objawień Matki Bożej — miejscach, do których prowadzi długa droga.
Podjęcie takiej wędrówki wymaga zarówno wiary, jak i miłości, a także choćby chwilowego porzucenia spraw tego świata.
Każdy, kto decyduje się na taką pielgrzymkę, daje świadectwo swojej wiary i miłości do Boga, Chrystusa i Matki Bożej. Sam pielgrzymowałem do wielu miejsc objawień i mogę zaświadczyć, że droga do nich była nie tylko ładna, ale i długa.
Pani Wszystkich Narodów zaprasza na ucztę, której pokarmem jest Jej Syn — jednak aby dotrzeć do miejsc, w których udziela swoich łask, trzeba przyjąć to zaproszenie i podjąć drogę. Spoglądając na wizerunek Pani Wszystkich Narodów, widzimy Ją z dłońmi wyciągniętymi w geście zaproszenia.
Nieprzypadkowe są również miejsca objawień Maryi — często są to wioski lub miasta, których społeczność odznaczała się prawością i sprawiedliwością, aby mogły stanowić przykład dla innych. Do tej prawdy nawiązuje Pani Wszystkich Narodów, ukazując Idzie Peerdeman ogród, w którym panuje sprawiedliwość.
Przedstawienie Nieba jako miejsca sprawiedliwości ma głębokie znaczenie: aby móc w nim przebywać, człowiek musi już tu, na ziemi, dążyć do sprawiedliwości i szukać jej w codziennym życiu. Raj nie jest przypadkową nagrodą, lecz konsekwencją wyborów, jakich dokonujemy każdego dnia.
Sprawiedliwość w Królestwie Bożym zakłada, że każdy otrzymuje to, co odpowiada jego postawie wobec Boga i bliźnich. Trudno więc oczekiwać, by ktoś, kto świadomie odrzucał dobro, prawdę i miłość, był traktowany tak samo jak ten, kto szczerze i wytrwale szukał sprawiedliwości. Byłoby to sprzeczne z samą naturą sprawiedliwości.
Raj jest sprawiedliwością za sprawiedliwość, natomiast piekło — sprawiedliwością za niesprawiedliwość.
„Idziemy do innej części ogrodu. Podczas gdy Pani kiwa palcem w jedną i drugą stronę, jakby ostrzegała, mówi:
„To jest Prawda. Słuchaj uważnie. Również i Prawda jest tutaj wewnątrz, ale tam, na zewnątrz jej nie ma, nie istnieje”.
Również i Prawda ogarnia mnie, jak jakieś odczucie. Chcę się wyzwolić z Jej ręki i mówię: „Ona jest tak ciężka.”
W rajskim ogrodzie panuje prawda — to przestrzeń, w której wszystko jest zgodne z Bożym zamysłem, wolne od fałszu, obłudy i niesprawiedliwości. Aby jednak ten ogród posiąść, człowiek musi najpierw szukać prawdy poza nim, tutaj — w doczesnym świecie. Podobnie jak sprawiedliwość i miłość, prawda nie jest dana automatycznie. Trzeba jej szukać, rozpoznawać ją i wybierać w codziennych decyzjach.
Widzimy zatem jasno: aby wejść do rajskiego ogrodu, człowiek musi na tym świecie dążyć do sprawiedliwości, prawdy i miłości bliźniego.
Te trzy słowa — Sprawiedliwość, Prawda i Miłość — pojawiają się w symbolice łuku, o którym mówiliśmy, omawiając wcześniejsze orędzia.
Łuk ten, podobnie jak biblijny łuk z Księgi Rodzaju, jest znakiem przymierza Boga z ludzkością. W Biblii Bóg obiecuje, że nie zniszczy już ziemi potopem — jeśli jednak sam „zobaczy łuk na niebie”. W wymiarze duchowym oznacza to, że jeśli Bóg dostrzeże w człowieku swoje odbicie — czyli sprawiedliwość, prawdę i miłość — człowiek nie będzie sądzony.
„Ale wtedy Pani zwraca mi na coś uwagę i to jest tak, jakbym się znalazła nad czymś z perspektywy lotu ptaka. Podnoszę dwa palce do góry i widzę nagle naszego papieża, a w dole Watykan. Potem widzę cały Kościół Rzymski. Ponad Watykanem widzę wypisane w powietrzu dużymi, wyraźnymi literami słowo „Encykliki.”
„To jest dobra droga” – mówi Pani do mnie z naciskiem.
„Ale nimi się nie żyje” – mówi smutno.
Ponownie widzę Watykan, otoczony całym katolickim Kościołem. Pani spogląda na mnie i – kładąc palec na swoich ustach – mówi:
„Ale to tajemnica, pomiędzy tobą a mną”.
Znowu kładzie palec na ustach i mówi bardzo cicho:
„Również i tam nie zawsze.”
Ona uśmiecha się do mnie znowu. Zachęcająco spogląda na mnie i wtedy mówi:
„Ale może być jeszcze dobrze.”
Poprzez to orędzie Pani Wszystkich Narodów pragnie zwrócić nam uwagę, że samo słowo — choćby najpiękniejsze — nie wystarczy, jeśli nie idą za nim czyny. W chrześcijaństwie nie chodzi wyłącznie o głoszenie prawdy, ale o jej wcielanie w życie. Nie wystarczy napisać encykliki, dokumenty czy odezwy. Trzeba nimi żyć — na co dzień, z pokorą i konsekwencją.
To wezwanie dotyczy wszystkich, także duchownych. Nawet wśród nich nie zawsze oczywiste jest to, że za słowem musi iść czyn. Prawdziwa siła świadectwa nie płynie z mądrych słów, lecz z wierności, którą potwierdza się w codzienności.
Encykliki są dobrą drogą, choć wymagającą i trudną. Obraz Kościoła Rzymskiego stanowi ziemskie odzwierciedlenie Nieba, jednak — jak wskazuje Pani Wszystkich Narodów — jest ono odzwierciedleniem niedoskonałym. W Kościele powinny znajdować się prawda i sprawiedliwość, które w sposób uporządkowany zostały ujęte w encyklikach. Jednak sami z pewnością dostrzegamy, że o wiele łatwiej jest powiedzieć coś dobrego, niż wprowadzić to w czyn — a to świadczy o ludzkiej słabości.
Chrystus powiedział: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe” (Mt 26,41). Jeśli jednak ciało człowieka — jego czyny — podąży za duchem Chrystusa, człowiek zyska swoją duszę.
W kontekście orędzia Watykan powinien być miejscem sprawiedliwości i prawości, a drogą prowadzącą do tego miejsca są encykliki, które Pani Wszystkich Narodów określa jako „dobrą drogę”. Zostają więc ukazane dwie ścieżki: droga ładna i droga dobra.
Ida Peerdeman wielokrotnie podkreślała, że Pani Wszystkich Narodów nie tylko sama była piękna, lecz także modliła się w sposób niezwykle piękny. Każdy Jej gest skierowany ku Ojcu i Synowi niósł w sobie harmonię i głębokie duchowe piękno.
Droga prowadząca do Kościoła Chrystusowego jest natomiast drogą dobra. W ten sposób ukazuje się pewna duchowa komplementarność: Chrystus prowadzi człowieka ku dobru, natomiast Pani Wszystkich Narodów — ku pięknu. Należy przy tym podkreślić, że bycie prawym i sprawiedliwym jest ładnym zachowaniem.
„Wtedy widzę przed sobą inne Kościoły, różnych wyznań. Pani podnosi ostrzegająco palec i podczas gdy pozwala mi znowu widzieć cały Kościół katolicki, mówi:
„Kościół katolicki może z pewnością stać się większym, ale …”
Wtedy przestaje mówić i widzę całe rzędy duchownych, seminarzystów, sióstr zakonnych itd., przechodzących przede mną. Pani potrząsa głową i mówi z naciskiem:
„To jest bardzo ciężkie, niczego nie warte.”
I jeszcze raz mówi:
„Niczego nie warte.”
Ona patrzy przed siebie surowo. Wtedy wskazuje na seminarzystów, księży i duchownych, i mówi z naciskiem:
„Lepsze wykształcenie, iść z czasem, nowocześniej, bardziej socjalnie.”
Kościół Katolicki nie może rozwijać się bez ofiarnej i wytrwałej pracy duchowieństwa — a praca ta z pewnością nie wykona się sama. Niestety, wśród wielu duchownych można dziś dostrzec pewne oziębienie duchowe, zniechęcenie, a nawet rezygnację z aktywnego zaangażowania w misję Kościoła.
W kontekście całego orędzia ponownie pojawia się motyw zaproszenia na ucztę. Seminarzyści, księża i wszyscy duchowni są sługami Bożymi, których zadaniem jest zapraszać ludzi do Kościoła, a nie ich od niego odstraszać. Dlatego powinni iść z duchem czasu, wykazywać się inicjatywą i troską o to, by zdobywać ludzkie serca dla Boga, aby wierni z radością i pragnieniem przychodzili do świątyni.
Warto podkreślić, że jeśli w Kościele przestaje się wymagać od człowieka jakichkolwiek norm czy wysiłku duchowego, traci on zainteresowanie życiem religijnym. Taka jest bowiem natura ludzka: człowiek angażuje się wtedy, gdy coś go zaciekawia i kiedy stawia mu się wyzwania.
W Ewangelii Jezus posyła swoich uczniów, by nieśli Dobrą Nowinę całemu światu. Nakazuje im przy tym, aby nie zabierali ze sobą na drogę ani pieniędzy, ani zbędnych rzeczy. To polecenie ma głęboki sens. Uczniowie, pozbawieni dóbr materialnych, zmuszeni byli zdobywać zaufanie i serca ludzi, którym głosili Ewangelię. W zamian za duchowe dary, otrzymywali gościnę i strawę.
Tymczasem dziś, szczególnie w wyższych strukturach Kościoła, dostrzegalna jest pokusa wygody i luksusu. A ten stan rzeczy nie sprzyja duchowemu zapałowi. Kto nie musi się starać o codzienne potrzeby, może łatwo utracić gorliwość w służbie. To właśnie hierarchia Kościoła odpowiada za formację niższego szczebla duchowieństwa. Jeśli jednak sama nie dostrzega potrzeby zmian, pogłębia jedynie kryzys powołań i duchowe znużenie.
Trudno oczekiwać od młodych ludzi zaangażowania i oddania, jeśli nie widzą przykładu życia autentycznie ewangelicznego – ubogiego duchem, pełnego pasji i poświęcenia. Odnowa Kościoła musi zacząć się od tych, którzy sprawują w nim największą odpowiedzialność.
„Wtedy widzę czarnego gołębia, latającego nad naszym Kościołem. „żaden biały” – mówię – „ale czarny.” Pani wskazuje na tego gołębia i mówi:
„To jest stary duch, który musi zniknąć!”
Widzę, jak nagle ten gołąb przemienia się w białego gołębia. Pani mówi:
„To jest nowy, Biały Gołąb. On wysyła promienie na wszystkie strony, gdyż świat się chwieje. Jeszcze kilka lat i świat by zginął. Jednak ON przyjdzie i uporządkuje świat, ale …” – i odczekuje małą chwilę -„oni muszą słuchać!”
Pani akcentuje słowo „muszą”, tak jakby ponownie ostrzegała. Wtedy mówi:
„Oni chcą z powrotem stąd odejść, nie chcą tego miejsca. Ludzie w tym nic nie widzą.”
Czarny gołąb jest symbolicznym obrazem duchowego stanu Kościoła Katolickiego, który uległ zepsuciu. Potrzeba głębokich przemian, jednak aby one nastąpiły należy słuchać tego, co Bóg mówi przez swoich proroków.
Marazm, brak duchowego wysiłku i wybór wygodnego życia sprawiają, że współczesne ideologie coraz silniej przejmują ducha młodych ludzi, a świat pogrąża się coraz bardziej w duchowej ciemności. Niezrozumienie Ducha Chrystusowego przez wielu duchownych doprowadziło do stagnacji i zatracenia misji, którą Kościół powinien pełnić wobec ludzkości — misji głoszenia Sprawiedliwości, Prawdy i Miłości, wezwania do nawrócenia oraz uświadamiania konsekwencji związanych ze złem i nagrody związanej z dobrem.
Jednym z najbardziej szkodliwych twierdzeń, jakie zakorzeniły się w świadomości duchownych, jest przekonanie, że Chrystus już zbawił wszystkich ludzi – bez względu na ich postępowanie i wiarę. Nauka ta nie tylko zniekształca przesłanie Ewangelii, ale faktycznie zaprzecza istnieniu piekła, a tym samym konieczności nawrócenia. Tymczasem wszystkie objawienia maryjne ostatnich stuleci starają się naprawić to nieporozumienie, które wynika z błędnej interpretacji Pisma Świętego.
W orędziach Maryja nieustannie wzywa do pokuty, modlitwy, nawrócenia i do bycia dobrym. Podkreśla, że Boża sprawiedliwość i prawda należy się tym, którzy ich szukają w tym świecie i za nimi podążają. Nie można głosić taniego zbawienia oderwanego od osobistej odpowiedzialności człowieka za wybory, których dokonuje. Jeśli Kościół zaczyna mówić głosem tego świata, przestaje być dla niego autorytetem. Wówczas to świat staje się autorytetem dla Kościoła, ponieważ to Kościół zaczyna podążać za światem.
„Wtedy Pani bierze mnie znowu ze sobą. Idziemy dalej w głąb ogrodu. Zatrzymujemy się przed dużym krzyżem. Pani mówi:
„Przyjmij Go. On cię poprzedził”.
Odmawiam i czuję, jakby wszyscy ludzie świata tak samo postępowali i odwracali się do Krzyża plecami.
Jestem pociągnięta za rękę i widzę Panią, stojącą ponownie przede mną. Trzyma moją rękę w swojej. Mówi znowu:
„Chodź!”.
W orędziu Pani Wszystkich Narodów wyraźnie podkreślone jest, że krzyż – którego ziemskim symbolem jest ołtarz – domaga się ofiary od każdego z nas. Tylko poprzez osobiste poświęcenie możliwa jest prawdziwa przemiana tego świata. Dlatego Pani Wszystkich Narodów prosi Idę Peerdeman, by przyjęła Krzyż, co oznacza by poświęciła się dla dobra. Każdy człowiek otrzymał swoją misję, swoje ciało – i to właśnie za sprawą swojego ciała powinien złożyć ofiarę Bogu: ofiarę oczyszczenia siebie i współudziału w odnowie świata.
Chrystus jest dla nas wzorem na tej drodze. On nas poprzedził – wszystkich chrześcijan – składając ofiarę, której rozmiar przekracza wszystko, czego Bóg mógłby oczekiwać od człowieka. W orędziach siostry Eugenii Ravasio słyszymy, że dla Boga ogromne znaczenie ma nawet najmniejszy gest dobra. Choćby niewielka cząstka „ciepłego złota” – symbolu dobra i miłości – położona na szali, może przeważyć każdą „zimną stal” – czyny pozbawione dobra i miłości, które człowiek codziennie kładzie na drugiej stronie tej duchowej wagi.
Bóg nie oczekuje od nas heroizmu na miarę Kalwarii. Wystarczą proste, codzienne akty dobroci, miłości i poświęcenia – to właśnie one kształtują świat wokół nas i przemieniają nasze serca.
A przecież świat ten wciąż nie został oczyszczony ze zła. Wystarczy się rozejrzeć: grzech coraz śmielej przenika struktury społeczne, relacje międzyludzkie, a nawet sumienia. Dlatego odnowa świata wymaga zaangażowania każdego człowieka – niezależnie od jego miejsca, pozycji czy powołania.
To przesłanie znajduje potwierdzenie w słowach Jezusa, zapisanych na kartach Ewangelii:
„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24).
Ołtarzem człowieka jest jego własne ciało — to na nim ma on składać Bogu duchową ofiarę. Ci, którzy zaprą się siebie, czyli porzucą życie w grzechu, mogą pójść za Jezusem i stać się narzędziami przemiany świata. W tym duchu przypominają oni Jozuego i synów Izraela, którzy podjęli walkę, by pokonać zło i usunąć fałszywe bóstwa z ziem kananejskich.
Trzeba jednak podkreślić, że mowa tu o rzeczywistości duchowej, a nie militarnej. Bóg często objawia nam tajemnice Nieba poprzez rzeczy widzialne. Nie chodzi zatem o jakiekolwiek przewroty czy walki zbrojne, ale o oczyszczenie własnego serca ze zła podążając za Chrystusem.
To właśnie serce człowieka ma stać się Świątynią Bożą — Ziemią Świętą.
Jednak dziś wielu nie chce iść za Jezusem; wielu odwraca się od Krzyża. Mało kto pragnie stanąć do walki ze złem, gdyż jest to droga trudna i wymagająca. Zaparcie się siebie, o którym mówi Chrystus, zaczyna się od porzucenia grzechu – czyli odwrócenia się od wszystkiego, co sprzeciwia się Woli Bożej. W poprzednich orędziach opisaliśmy głębsze znaczenie Krzyża, na którym widzimy Ukrzyżowanego Chrystusa: nie jako znak słabości, lecz jako pełnię posłuszeństwa wobec Woli Ojca.
Grzech to bunt wobec Bożego planu, a Ukrzyżowany Chrystus ukazuje nam, że nawet w obliczu ogromnego cierpienia nie wycofał się, nie zbuntował, nie odrzucił Woli Ojca. Przeciwnie – z wielką siłą ducha, w akcie pełnego posłuszeństwa, oddał swoje życie, by ratować ten świat. Krzyż ma dla nas wymiar duchowy; jest narzędziem, na którym — tak jak Jezus — musimy zaprzeć się grzechu. Dopiero wówczas możemy stać się narzędziami przemiany ducha tego świata.
„Teraz widzę jakąś świetlistą, przezroczystą Postać w długiej szacie. Idzie przed nami. To jest męska Postać, w całości uduchowiona. Mężczyzna dźwiga Wielki Krzyż, który wlecze się po ziemi. Jego twarzy nie widzę. To wszystko razem jest jednym promieniem światła. On idzie z Krzyżem przez świat, ale nikt nie podąża za Nim.
„Samotny” – mówi Pani do mnie.
„ON chodzi sam po tym świecie. Będzie jeszcze gorzej, aż do czasu, w którym stanie się coś bardzo strasznego i nagle Krzyż stanie pośrodku świata. Teraz będą musieli nań patrzeć, czy chcą, czy też nie!.”
Ten fragment orędzia Pani Wszystkich Narodów rozwija myśl wcześniej już wyrażoną – z tą różnicą, że ukazuje konsekwencje braku działania ze strony ludzi wobec konieczności odnowy świata.
Jeśli nikt nie niesie własnego krzyża i nie idzie za Ukrzyżowanym Chrystusem, oznacza to, że nie ma ani jednego sprawiedliwego. Przypomina się wówczas historia Sodomy i Gomory. W Księdze Rodzaju Bóg zapewnia Abrahama, że oszczędzi te miasta, jeśli znajdzie się w nich choćby dziesięciu sprawiedliwych. Jednak zabrakło nawet tej niewielkiej liczby – i miasta zostały zniszczone.
Od czasu Chrystusa zdaje się, że wystarczy już tylko jeden sprawiedliwy, by ocalić jakiś naród.
W orędziach Idy Peerdeman wielokrotnie pojawia się obraz upadłego kraju leżącego przed nią – przywołuje to dramat Sodomy i Gomory. To nie przypadek. To symboliczne ostrzeżenie: narody, które porzucają Boże prawo i odwracają się od Boga, mogą ściągnąć na siebie skutki własnych wyborów.
Pamiętajmy także o przymierzu związanym z górą Ebal, gdzie wyraźnie zostaje powiedziane, że za grzech społeczności spada na nią przekleństwo. Jeśli ludzie nie podejmują trudu nawrócenia i duchowej odnowy, jeśli nie idą za „wodzem”, pozostawiają zło samemu sobie. A zło, pozostawione bez reakcji, dojrzewa – i w końcu wybucha. Prowadzi wtedy do katastrofy, której skutki dotykają wszystkich. Wszyscy muszą wtedy patrzeć na cierpienie, które w symboliczny sposób kojarzone jest teraz z krzyżem.
W orędziu wybrzmiewa dramatyczne ostrzeżenie: nikt nie niesie już własnego krzyża ani nie podąża za Chrystusem, a świat nieuchronnie zmierza ku przepaści. Jeśli nikt nie podejmie trudu duchowej walki, jeśli nie znajdzie się choćby jeden sprawiedliwy, wówczas cierpienie stanie się doświadczeniem powszechnym. Wszyscy będą musieli patrzeć na skutki własnej obojętności. To nie jest wyłącznie wizja apokaliptyczna. To realne przypomnienie duchowej zasady, która towarzyszy ludzkości od początku: świat nie może istnieć bez ofiary, bez dobra. Bez tych, którzy naśladują Chrystusa.
Sposób, w jaki orędzia są nam przekazywane, pozostaje w pełnej zgodzie ze słowami Chrystusa, o których była już mowa. Pani Wszystkich Narodów nie tylko zwraca uwagę na realność grzechu, lecz także nieustannie przypomina o sądzie Bożym i Jego sprawiedliwości.
J 16,7-8
16,7. Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was.
16,8. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie.
Niektórzy chcieliby wymazać te słowa z Ewangelii, jednak — jak zapowiedział Chrystus — ani jedna jota ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie.
Mt 5,17-20
5,17. Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić.
5,18. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.
5,19. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.
5,20. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
„Wtedy widzę jakieś dziwne obrazy. Widzę swastyki pod Krzyżem, widzę jak spadają; potem spadające gwiazdy, sierpy i młoty; wszystko spada pod Krzyż. Widzę czerwień; czerwień nie znika zupełnie. Pani mówi:
„Wszyscy patrzą w górę. Teraz nagle chcą wszyscy, ale kosztem…
Było czarno na tej kuli ziemskiej, ale teraz wszystko stało się jaśniejsze. Teraz widzisz, że wszystko jest przemijające.”
Zło, które nie zostaje zatrzymane w zalążku, ma tendencję do niekontrolowanego rozrostu. Tak stało się w przypadku ideologii niosących symbolikę swastyki czy komunizmu. Pozostawione bez reakcji i zlekceważone w początkowej fazie, urosły do rozmiarów światowej katastrofy, przynosząc cierpienie milionów ludzi, rozlew krwi oraz upadek moralnych fundamentów cywilizacji.
Historia uczy nas, że zło trzeba gasić u samych jego źródeł. Tylko wtedy można uchronić świat przed eskalacją nieprawości. A jedyną siłą zdolną naprawdę je przezwyciężyć jest dobro wypływające z krzyża — czyli osobista walka z grzechem, jaka toczy się w sercu każdego człowieka i która zawsze wymaga wyrzeczenia oraz ofiary.
Widzimy, że Krzyż Chrystusa góruje nad wszelkimi ideologiami, które padają u jego stóp. Tylko unieruchomienie swojego ciała wobec grzechu — jego zaparcie się, jak uczynił to Chrystus — pozwoli człowiekowi pokonać wszelkie zło na świecie, które w skrajnych przypadkach objawia się poprzez zbrodnicze ideologie.
Jednak człowiek, jakby niezdolny do głębokiego rachunku sumienia, wciąż popełnia te same błędy. Pozwala złu dojrzewać, aż osiąga ono rozmiary, przy których interwencja oznacza już cierpienie, zniszczenie i niewyobrażalną cenę do zapłacenia.
To duchowe prawo – niezmienne od początku dziejów: gdy dobro milczy, zło krzyczy. Gdy człowiek nie podejmuje codziennej walki z grzechem w swoim sercu, wtedy zło przenosi się na poziom struktur, narodów, kontynentów. I prędzej czy później, świat musi ponieść konsekwencje. Dopiero u progu katastrofy człowiek zaczyna szukać Boga – wtedy, gdy skutki jego własnych wyborów stają się nieodwracalne.
„Czuję, że ręka staje się lżejsza. Naraz widzę stojącą Panią, znowu z różańcem. Ona mówi:
„Módlcie się dalej – cały świat!”.
Wskazuje na Krzyż i mówi:
„Cały świat musi jednak do Niego powrócić: od największych do najmniejszych, od najbiedniejszych do najbogatszych, ale to będzie kosztowało wysiłku.”
Teraz widzę przed sobą kulę ziemską. Podczas gdy Pani stawia na niej stopę, mówi:
„Stawiam Moją Stopę na świecie. Pomogę im i doprowadzę do celu, ale muszą słuchać …”.
Wtedy widzę, jak wszystko nagle znika sprzed moich oczu.”
Aby naprawdę przemieniać świat, modlitwa i działanie muszą iść w parze. Różaniec, choć z pozoru prosty, jest modlitwą o niezwykłej mocy. W orędziach bywa przyrównany do „gradu kamieni” z Księgi Jozuego — zrzucanych z nieba na wrogów człowieka, czyli na siły ciemności, które atakują duszę i niszczą Boży porządek.
Kiedy Jozue modlił się do Boga o zatrzymanie słońca i księżyca, Pan wysłuchał jego prośby, a ponadto zesłał na wrogów grad kamieni, który wyrządził złu więcej szkody niż miecz.
Joz 10,11-13
10,11. Gdy w czasie ucieczki przed Izraelem byli na zboczu pod Bet-Choron, Pan zrzucał na nich z nieba ogromne kamienie aż do Azeki, tak że wyginęli. I więcej ich zmarło wskutek kamieni gradowych, niż ich zginęło od miecza Izraelitów.
10,12. W dniu, w którym Pan podał Amorytów w moc Izraelitów, rzekł Jozue w obecności Izraelitów: «Stań słońce, nad Gibeonem! I ty, księżycu, nad doliną Ajjalonu!»
10,13. I zatrzymało się słońce, i stanął księżyc, aż pomścił się lud nad wrogami swymi. Czyż nie jest to napisane w Księdze Sprawiedliwego: «Zatrzymało się słońce na środku nieba i prawie cały dzień nie spieszyło do zachodu?»
Podobnie dzieje się w wymiarze duchowym: każdy, kto modli się na różańcu, zrzuca niejako „grad kamieni” na swojego prawdziwego wroga — na zło ukryte w sercu. Pani Wszystkich Narodów nawołuje zaś do modlitwy o powstrzymanie nadciągającego zagrożenia, symbolicznie związanego z ideologiami, których znaki odcisnęły tragiczne piętno w historii świata. W orędziu widzimy, jak symbole totalitaryzmów — sierp, młot, swastyka i gwiazdy — upadają pod Krzyżem, który w tej wizji staje się niczym miecz. Warto dodać, że swastyka wywodzi się z pradawnego symbolu słońca i jak widzimy w obrazie orędzia, słońce to zostało „wstrzymane”.
Aby jednak mogło dojść do zwycięstwa dobra, człowiek musi najpierw powrócić do Chrystusa, który — podobnie jak Jozue prowadzący swój lud — ma poprowadzić ludzkość duchowo do pokonania zła.
Konieczna jest ciężka praca nad sobą: walka z własnym grzechem, duchowym lenistwem i obojętnością. To droga wymagająca wyrzeczenia, wysiłku i pokory. Bez osobistego nawrócenia nie ma prawdziwej odnowy świata. Tego wszystkiego uczy Chrystus.
W tej walce nie jesteśmy jednak osieroceni. Pani Wszystkich Narodów staje po stronie człowieka i symbolicznie miażdży głowę węża, stawiając stopę na ziemi. Jej obecność zapowiada pomoc w pokonaniu zła, pomocy tej jednak Bóg udziela w ścisłej współpracy z człowiekiem.
Dlatego musimy słuchać tego, co Pani Wszystkich Narodów przekazuje w swoich orędziach — nie tylko sercem, ale całym życiem. Tylko w ten sposób zło może zostać ostatecznie pokonane, a świat oczyszczony.
